Śladami mojego pradziadka – Kazimierza Nowaka w Namibii

Jagoda Nowak

Jak  się to zaczęło?

O sztafecie śladami Kazimierza Nowaka po Afryce dowiedziałam się już jakiś czas temu (www.afrykanowaka.pl)

Kibicowałam uczestnikom, podziwiałam ich trud, jednak nie widziałam siebie przedzierającej się na rowerowym siodełku przez Afrykę, i to jeszcze przez cały miesiąc, jak to czynią uczestnicy sztafety!

 Z całym szacunkiem dla Mojego Pradziadka, który na rowerze przejechał kilkadziesiąt tysięcy kilometrów,  rower jednak nie jest moją pasją.  Co innego konie… Kocham te szlachetne i mądre zwierzęta. Uwielbiam jeździć konno. I kiedy dowiedziałam się o pomyśle Łukasza Wierzbickiego (jakby nie patrzeć sprawcy tego całego „Kazikowego” zamieszania), wiedziałam, że to jest coś dla mnie, że ja  właśnie w ten sposób, na końskim grzbiecie, pragnę pokonać kawałek afrykańskiej trasy Pradziadka. Ani chwili się nie zastanawiałam. Napisałam do Łukasza z pytaniem czy jest możliwy mój udział w tym przedsięwzięciu. Dzięki pomocy Mojej Rodziny, w tym, Kochanej Babci Hani – żony Dziadka Romka, trzy miesiące później, 20 czerwca 2011, wylądowaliśmy  w Namibii, w Windhoek wraz z naszą nietypową, acz bardzo sympatyczną gromadką. Nie, koni nie wieźliśmy samolotem! Było nas 6 osób. Łukasz z żoną i synkiem ( 7-miesięcznym Jonaszkiem!), weterynarz Andrzej, Ania, która już jechała na etapie libijskim tej sztafety, i ja, po raz pierwszy tak daleko od kraju.

Moja decyzja o udziale w tym wyjątkowym etapie sztafety była szybka i spontaniczna. Zestawienie wyprawy konnej i Afryki ( którą zawsze chciałam poznać) spowodowało, że klamka zapadła zanim zdążyłam się zastanowić. I chyba nawet nie chciałam się zastanawiać.

 W trakcie przygotowań do wyjazdu, dotarło do mnie,  że uczestniczę w niezwykłej wyprawie, cudownie będzie przebyć, chociaż niewielki odcinek afrykańskiej trasy Pradziadka Kazika w ten sam sposób co On. Może nawet jeszcze zobaczyć te same krajobrazy przyrody.  A może uda mi się  poczuć ten sam zapach  powietrza,  jaki czuł Mój Pradziadek, gdy jechał konno, samotnie, przez Namibię, bez mała 80 lat temu.

Na końskim grzbiecie w hołdzie pradziadkowi Kazikowi.

Nie jestem pewna czy doznaliśmy tych samych wrażeń co Mój Pradziadek, ale niewątpliwie podzieliliśmy jedno z jego doznań (jeśli w ogóle tak to można nazwać), a mianowicie bolesności pewnej części ciała… Pomijając fakt, że 40 km w siodle to dużo zarówno dla jeźdźca  jak i dla konia, nasze kulbaki nie należały do najwygodniejszych.

Mam  świadomość, że prawie niemożliwe jest powtórzenie tego wyczynu w dzisiejszych realiach (kto z nas porwałby się na coś takiego!). Jednak siedząc na końskim grzbiecie tam w Namibii, miałam wrażenie, że udało nam się zrobić choć mały kroczek w tym kierunku. Bo przecież naszym celem nie było odtwarzanie morderczej wędrówki przedwojennego Podróżnika. Etap konny był bardzo symboliczny, przybrał formę ukłonu w kierunku osoby Kazimierza Nowaka.

 Czary?

Afryka to czarodziejski kontynent, a Namibia rzuciła na mnie jakiś urok. Podobno jeśli się raz tam dotrze, w przyszłości zawsze się wraca.

Niesamowite było  moje zderzenie z tamtejszą kulturą i mentalnością. Wielka różnorodność, choć jak się później okazało, nie różnimy się mentalnie aż tak bardzo od ludzi, którzy tam żyją. No może tym, że  Namibijczycy są bardziej otwarci i inaczej traktują dany im czas.

W Namibii szczególnie mnie urzekł fakt, czas płynie wolniej, odległości nie mają znaczenia, i nawet powietrze jakoś inaczej pachnie.

Mimo wszystko jest  to już jednak cywilizowany kraj, nastawiony na turystykę, co znacznie utrudnia zobaczenie go takim, jaki został opisany  przez Mojego Pradziadka Kazimierza  Nowaka.

Nie zawsze było tak pięknie.

Namibia, za czasów Pradziadka Afryka Południowo-Zachodnia, ma niestety nie najszczęśliwszą  historię. Najpierw krwawe wojny plemienne oraz późniejsza brutalna niemiecka kolonizacja, zmieniła krainę Buszmenów w kraj europejskich farmerów. Przebywając tam odniosłam wrażenie, że niemiecki  „porządek” odczuwalny jest na tych terenach po dziś dzień.

Co by było gdyby nie dziadek?

Jestem bardzo wdzięczna Łukaszowi, że poświęcił tak wiele czasu i energii odkrywaniu historii oraz propagowaniu idei Mojego Pradziadka Kazimierza. Powinnam też podziękować Dziadkowi Łukasza…, który zaszczepił w nim chęć podjęcia poszukiwań tego zapomnianego w kraju Podróżnika. Podczas pobytu w Namibii byłam pod wrażeniem jak świetnie Łukasz promuje Kazimierza Nowaka, mojego Pradziadka. Myślę, że gdyby nie Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd* to sztafetowe przedsięwzięcie nie miałoby miejsca. Ale też, gdyby nie inicjatywa organizatorów sztafety, ja nie znalazłabym się tam w Namibii, i nie poczuła się choć w malutkiej części „tak jak Nowak”.

Dziękuję Im wszystkim.

Jagoda Nowak,  Dąbrówka/k Warszawy, w sierpniu 2011,

 *Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd  – pod red. Łukasza Wierzbickiego, wyd. Sorus

 

Nie ma jeszcze komentarzy.

Dodaj komentarz